MÓJ MEKSYK
„Kiedy będę wznosić kolejny kamień, za każdym razem powtarzajcie 'Ometeotl'”. Z podkurczonymi nogami na klepisku Temascalu, tradycyjnej azteckiej łaźni parowej, zbudowanej na kształt igloo słucham monotonnego głosu Lucy, która w jednej chuście na głowie i przepasana drugą, wydaje proste instrukcje. Powoli ścieka pot, usta coraz szerzej otwarte, aż nie można złapać oddechu.
Wchodzenie na Temascalu symbolizuje powrót do Ziemie – Matki, w łonie której łączą się na nowo wszystkie przeciwieństwa i wszystkie żywioły. Rozgrzane kamienie to zarówno ziemia jak i ogień, polewane wodą odurzają parą, tak jak i słodkawy zapach kopalu, kadzidła wyrabianego z żywicy drzew, którym obmywa się głowę, serce, ciało…
„Ometeotl” Ometeotl nie jest bogiem, którego imienia wzywa się podczas oczyszczania, nie jest Osobą. W języku nahuatl, nadal często używanym w środkowym Meksyku, oznacza dwoistość, podwójność, jednoczenie przeciwieństw w całość. To jedno z najważniejszych słów rdzennych Indian dla określenia świata, gdzie wszystko co otacza człowieka jest złożeniem dwóch stron medalu, jak kobieta i mężczyzna, dzień i noc, ruch i trwanie, życie i śmierć, dobro i zło. Forma dwoistości konstytuuje to co istnieje i nie jest to jedynie forma historyczna. Dzisiejszy Meksyk, tak różnorodny, jest jednością w życiu codziennym, przyrodzie i w miastach, sercach i duszach ludzi. Europejczykowi bardzo trudno pojąć specyficzną mentalność, w której sprzeczności ze sobą nie walczą, wręcz przeciwnie, współpracują w tworzeniu, uzupełniając się nawzajem.
Na pierwszy rzut oka najbardziej dziwi synkretyzm religijny Meksykanów, przenikanie się religii chrześcijańskiej z tradycyjnymi ziemsko – kosmicznymi wierzeniami Indian. Jezus Chrystus i Quetzacoatl (upierzony wąż, najważniejszy bóg występujący w panteonie wszystkich kultur terenów Meksyku), krzyż i wąż, hostia i kopal. Jak to możliwe? Obserwując codzienne życie Meksykanów, w którym zawsze i wszędzie żywa jest tradycja, nie tylko podczas świąt i obrzędów, nie sposób jasno oddzielić jedno od drugiego. Dwa elementy stopiły się w jeden i nie można wyczuć w tym żadnego fałszu. I Jezus na krzyżu i Quetzalcoatl odrodzili człowieka swoją krwią zapowiadając, że wrócą…
Oto kilka przykładów.
# Kościoły, kościółki, kapliczki i krzyże przydrożne; kierowca autobusu i bileter, obaj o twarzach bandytów zatrzymują publiczny środek transportu na zakręcie wąskiej górskiej drogi po to tylko, by przeżegnać się i wrzucić monetę do skrzynki ofiarnej.
# W Nowy Rok (chrześcijański) tysiące Meksykanów przyjeżdża do Teotihuacanu, by wspiąć się na Piramidę Słońca i wznieść w górę ramiona z prośbą do Ojca Słońca o życiodajną energię.
# W stanie Chiapas we wschodniej części Meksyku, indiańskie rytuały lecznicze i religijne odprawiane są w kościołach bez ławek, gdzie wierni siedzą na klęczkach na ziemi, wśród rzędów maleńkich świec i dymu z kadzideł. Indywidualne śpiewy i modlitwy, nacieranie się jajkami, mają niezwykłą moc, oczyszczają z toksyn i wyganiają złe duchy, razem z wymiotami…. Przy każdym wiernym stoi butelka „refresco” – napoju orzeźwiającego, fanty, sprite’a, coca-coli.
Synkretyzm religijny nie jest jedynym przykładem łączenia pozornych sprzeczności przez mieszkańców Meksyku.
Kto nie skłamie ze dwadzieścia razy na dobę, zapewne jest chory. Kłamstwa nie dotyczą spraw poważnych, to takie drobne oszustewka i podkolorowywanie stanu rzeczy, a to wcale nie przeszkadza w szczerości w sensie ogólnym. Ktoś umawia się z Tobą na jutro, na godzinę 16-tą i nie przyjdzie. Czy to oznacza jego niechęć do Ciebie? Ależ skąd! On nie mógł, pewnie chciał i bardzo się ucieszy, gdy wpadniecie na siebie przypadkiem w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Kradzieże. Tak, to poważny problem, Meksykanie kradną. Ale oni kradną bez złej woli, bez chęci wyrządzenia bliźniemu krzywdy. Ktoś życzy ci wszystkiego najlepszego i to ze szczerego serca, i nie chce, by spotkała cię jakaś zła przygoda, po czym z pełnym spokojem ukradnie ci portfel, jeśli tylko dojrzy po temu sposobność. Wieczorem, przy piwie, rozmawiacie, śmiejecie się, proszę jak jest miło, jesteś radosny, zdrowy, nic tak naprawdę złego się nie wydarzyło. Poradzisz sobie bez tego portfela czyż nie?
Kradzież nie łączy się z agresją, bo agresji prawie nie ma lub jej nie widać. Nie zdarza się, by przy stracie torebki doznać uszczerbku na ciele. Liczne fiesty, choć obficie zakrapiane alkoholem, nie kończą się bijatykami. Mężczyzn nie swędzą pięści z powodu wysokiego poziomu adrenaliny, który trzeba natychmiast rozładować na przypadkowym przechodniu. Fiesta to zabawa, tańce, śpiewy, cukierki, przebieranie się. Dorośli mężczyźni, z intencją w sercu, podczas Święta Wniebowstąpienia przebierają się, połowa za Arabów i połowa za Hiszpanów i walczą tańcząc przez dziewięć godzin. Taniec powtarza się w poniedziałek, środę, piątek i znów w niedzielę. To nie dzieje się gdzieś w dżungli, wśród dzikich plemion, ale w Santa Maria, miasteczku przy teotihuacańskich piramidach, 55 kilometrów od Dystryku Federalnego, jak Meksykanie nazywają swoją stolicę. Mam w oczach taki radosny obrazek, jak San Luis Potosi, stolicy stanu o tej nazwie, podczas święta, cała rodzina przebrana w tradycyjne stroje tańczy swój taniec na dziedzińcu kościelnym. Najpierw składają ukłon w stronę ołtarza, a za to potem… Potem Babcia ledwo podskakuje, bo ze starości nie nadąża za pędzącym tempem, a dzieciakom plączą się nogi. Dla wszystkich liczy się i intencja i zabawa.
Albo inny, jak Voladores – czterej tancerze – wojownicy skaczą z pala na linach i wirują z rozpostartymi ramionami w hołdzie Słońcu, podczas gdy piąty stoi na szczycie pala i gra na fujarce. Dziś najczęściej taniec Voladores jest wykonywany komercyjnie dla turystów, chociaż nadal są miejsca, gdzie zachował swą tajemnicę, sens i wagę.
A jednak mimo codziennego spokoju i radości mieszkańców, pięć lat po zakończeniu rewolucji zapatystowskiej w Chiapas, kiedy to dwa tysiące chłopa załadowanych na rozwalający się pick-up’y zdobyło stolicę stanu Tuxtlę Guttierez oraz San Cristobal de las Casus i innych okolicznych miast, Meksyk pełen jest nastrojów rewolucyjnych. Są one, tak jak i wiara, niezależne od stanu majątkowego, społecznego czy poziomu wykształcenia, ich korzenie tkwią w świadomości ziemi, rodziny, pochodzenia i w przywiązaniu do tych wartości. Ludność Chiapas, bardziej indiańska niż w innych regionach Meksyku, silniej niż mieszkańcy innych stanów odczuwa presję proamerykańskiej polityki rządu, łamiącej elementarne prawa człowieka, więc Meksyk może wybuchnąć. To widać. To słychać. Tak powtarzał nam pewien człowiek w Queretaro, który zabrał nas na kawę i dopiero po dwóch godzinach rozgorączkowanego politykowania przedstawił się i podał adres, by o nim nie zapomnieć.
Tak powtarzała nasza gospodyni w Teotihuacanie, martwiąc się, ze pojawią się nowe możliwości, bo Stany zaatakowane, a gdy już jest jakaś zawierucha, łatwiej pchnąć coś swojego.
Meksyk może wybuchnąć. Chyba jeszcze nie dziś, może i nie jutro. Spokojne serca Meksykanów potrafią czekać. Pierwsza kultura i cywilizacja w dolinie Teotihuacanu pojawiła się wiele lat p.n.e. W tej skali czymże jest kilka lat?
Rodzina, tradycja, ziemia to temat bliski każdemu mieszkańcowi kraju, to wartości, których znaczenia w codziennym życiu trudno przecenić. Nie dotyczą wyłącznie świąt i obrzędów. Dotyczą mentalności, tego co tu i teraz. „Skoro u was ziemia rodzina, tradycja nie są ważne, to czym wy żyjecie?” Pytali zdziwieni starzy i młodzi.
Z natury bezkonfliktowi, Meksykanie emanują charakterystycznym spokojem. Drobna, nieumyślna stłuczka samochodowa? Po co wzywać policję, po co się stresować, procesować, trzeba jak najszybciej przejść nad tym do porządku dziennego i jechać dalej. Oczywiście, sposób podejścia do sprawy zależy od jej wagi, ale wiemy przecież, że najistotniejsze są sprawy rodziny, ziemi i tradycji. To dla ich obrony tego co święte, pokojowo nastawieni ludzie potrafią wziąć w ręce karabin czy maczety i iść zabijać.
Co ma być zrobione, będzie i to bez pośpiechu. Tylko w obliczu prawdziwego zagrożenia potrzebna jest mobilizacja. Na właściwy czas też trzeba poczekać. Sztuka czekania to prawdziwa wirtuozeria, misterium czasu, jego upływu i wielkiej siły nagromadzonych emocji.
Byliśmy w wiosce Tauchachin, 12 kilometrów od autostrady łączącej San Luis Potosi z Ciudad Valles. Chcieliśmy zobaczyć pobliski 115 metrowy wodospad Tamal, reklamowany w przewodniku turystycznym i w tym celu trzeba było tylko wypożyczyć łódkę, by popłynąć w górę rzeki.
Nad rzeką przy łódkach siedział wyczekująco chłopak.
- Przepraszam, czy można wypożyczyć łódkę i popłynąć do wodospadu?
- Oczywiście, jest bardzo piękny. Płynie się około dwie godziny,
- A możemy dzisiaj?
- Nie, dzisiaj nie. Dużo było ostatnio deszczu, jest za dużo wody. Później.
- „Później” to znaczy kiedy?
- Jak woda opadnie. Na razie jest zbyt niebezpiecznie.
- To znaczy mniej więcej kiedy?
- No, już chyba od grudnia.
Był wczesny wrzesień.
Wszyscy ludzie lubią wygodę, ale w przeciwieństwie do społeczeństw zachodnich, Meksyku nie jest ona priorytetem, do którego dąży się za każdą cenę. Rzeczy są do używania i służą konkretnym celom, nie stanowią przedmiotu kultu. Samochód związany sznurkiem jest dobry jeśli tylko spełnia swoją funkcję, to znaczy „samochodzi”, a pasażerowie nie muszą iść piechotą. Co prawda, przez takie podejście do spraw i rzeczy ma się wrażenie, że Meksyk jest sklecony byle jak, że trzyma się na gwoździk, drucik, sznurek i patent. Może jednak właśnie dzięki temu, dzięki niskiej randze przedmiotów, jest on bardziej ludzki – jest w nim miejsce na człowieka i na ziemię, z której pochodzi, a znane nam „materialne podstawy życia” z podstaw zmieniają się w nadbudowę. Turyści jeżdżący po Meksyku z wycieczkami autokarowymi, np. na Jukatan, w powierzchownym rozumieniu tego co widzą, nie potrafią pojąć „braku energii prorozwojowej” miejscowej ludności
- Dlaczego mieszkają w domach zbitych z bambusów tak, że stojąc przed nim widać to, co jest poza nim, a nie zbudują sobie czegoś solidniejszego?
- Dlaczego nie poszukają sobie jakiejś lepiej płatnej pracy?
- Dlaczego nie potrzebują samochodu?
Na Jukatanie najniższa temperatura w roku nie spada poniżej 25 stopni Celsjusza, co roku pora deszczowa kończy się huraganem, który zmiecie i bambus i cegłę, na polu rośnie kukurydza, w rzece pływają ryby, okolica jest piękna aż chce się tam mieszkać, a nie wyjeżdżać za chlebem. To cała tajemnica. Minimalizm nie wynika z nieznajomości czy nieświadomości osiągnięć cywilizacyjnych. W każdej niemal wiosce, choćby pod dachem z liści palmowych działa kawiarenka internetowa. Wybór danego stylu życia nie oznacza negacji innego. Znając „inny świat” i zachowując z nim łączność, można spokojnie pozostać przy swoim i ze swoimi. Wieś meksykańska nie jest sfrustrowana, a społeczność wiejska nie jest nastawiona na masowy exodus do miast czy do Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie, nieraz ludzie powracają do swoich ognisk na środku domu z dalekich wypraw za pracą czy za chlebem. Tak, jak pewna kobieta z Santa Anna del Valle w stanieOaxaca, która ugościła nas oddając swoje jedyne łóżko, a sama razem z córką położyła się spać na klepisku w kuchni, która jednocześnie służyła za kapliczkę, czy też odwrotnie. Przez pięć lat pracowała w sklepie odzieżowym w Dystrykcie Federalnym, ale wróciła i nie chce już nigdzie wyjeżdżać. W domu mówi po zapotecku.
Tak, jak Javier z San Jose del Pacifico, wioski położonej na wysokości 2700 metrów n.p.m. w połowie drogi pomiędzy miastem Oaxaca a wybrzeżem Oceanu, gdzie mieszka tylko, czy aż cztery rodziny. Jego rodzice wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych zabierając go ze sobą, gdy chłopak miał kilka lat. Wrócił w wieku lat czterdziestu i jest teraz nauczycielem języka angielskiego swojego bliższego i dalszego kuzynostwa. Czasem skoczy na plażę nad Ocean się ogrzać, bo w San Jose przez pół roku, po osiem godzin dziennie, pada deszcz. Do Stanów go nie ciągnie.
Nie gonić za nowościami, przyjmować spokojnie, co życie przynosi, pamiętać o podstawach i korzeniach – te zasady pozwolą przetrwać. Od czasów prekolumbijskich po dziś dzień. Indianie czy to Olmekowie, Aztekowie, czy Majowie, dysponowali w swoim czasie ogromną wiedzą w różnych dziedzinach nauki ( matematyka, astronomia, medycyna itp.), a cywilizacyjnie pozostawali w wielkim opóźnieniu. Przewaga świadomości nad materią, która była od zawsze? Czego mają Meksykanie bronić, jak nie swojej świadomości.
2004-08-05
Ola KOŚ
© 2002-2012 Destino Mexico Sp. z o. o.
Nr KRS: 0000242117, Krajowy Rejestr Sadowy prowadzony przez Sad Rejonowy dla m. st. Warszawy, XII Wydzial Gospodarczy,
NIP: 526-28-74-754, REGON: 140199237, Kapital Zakladowy: 54 000,00 PLN
Informacje, materiały i ceny zawarte na portalu www.destino.pl nie stanowią oferty w rozumieniu przepisów kodeksu cywilnego.
Prawa autorskie
Właścicielem i administratorem serwisu www.destino.pl jest Destino Mexico Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie, zwany dalej Destino. Wszelkie prawa do całej zawartości serwisu internetowego, są zastrzeżone. Użytkownik ma prawo do pobierania oraz drukowania całych witryn lub fragmentów serwisu internetowego www.destino.pl, pod warunkiem, że nie naruszane są prawa autorskie oraz prawa dotyczące znaków towarowych należących do firmy Destino Mexico lub innych podmiotów. Żadna część serwisu nie może być w celach komercyjnych kopiowana w całości lub części, transmitowana elektronicznie lub w inny sposób, modyfikowana lub wykorzystana bez uprzedniej pisemnej zgody Destino Mexico.
Oprogramowanie: CMS HYDRAPORTAL Projekt i realizacja: BLUO.PL